MICHAŁ FLUDER
WSPOMNIENIE. 28.05.1945 - 12.03.1989
Michał Fluder urodził się 28 maja 1945 roku w Consenvoye. Do Francji przyjechali za chlebem jego rodzice, Katarzyna i Stanisław. Dopiero po wojnie wrócili do Polski. Rodzina Fludrów, jako repatrianci, osiedliła się na ziemiach odzyskanych.
Wybrali zagłębienie Pogórza Sudeckiego, które opasuje swoimi wstążeczkami rzeka Bóbr. We wrześniu 1947 r. wysiedli z wagonu na stacji Pilchowice. Zamieszkali w Maciejowcu. W 1949 r. upodobali sobie Wleń, który leży w samym sercu Kotliny Jeleniogórskiej, okrakiem między Pogórzem Izerskim a Pogórzem Kaczawskim. Rodzice Michała pracowali w szkole podstawowej. Dbali o czystość i porządek. Michał wraz ze starszym bratem Janem pomagali im, jak tylko potrafili. Musiał sporo się napocić, żeby zasłużyć sobie na chwilę wolnego czasu. Od najmłodszych lat poznał smak potu.
W 1959 roku ukończył szkołę podstawową i podjął dalszą naukę w liceum ogólnokształcącym w Jeleniej Górze, które ukończył w 1964 r. Po ukończeniu szkoły nie spędzał słodkich wakacji, lecz podejmował pracę na oddziale dziecięcym sanatorium PKP Leśny Dwór, które uruchomiono we Wleniu. To potrzeba chwili. Brakuje ludzi do pracy z chorymi dziećmi.
Michał Fluder od najmłodszych lat pasjonował się zajęciami technicznymi, plastycznymi i sportem. Lubił chodzić i wspinać się na strome szczyty gór. Ciekawiło Go, co się dzieje za widnokręgiem. Dobrze jeździł na nartach. Uwielbiał spacery po zacisznych zakątkach Podsudecka. To była cała jego radość i pogoda ducha. Zamiłowanie do podróży zostało Mu do końca życia. Nigdy się ich nie wyrzekł. Potrafił zarazić innych.
W połowie lat 60, odbył służbę wojskową w Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie. Skończył kurs meteorologiczny na stacji meteorologicznej we Wrocławiu. Zamiast narzekać na ciasne żołnierskie buty, zaczął nieśmiało rysować i malować. Pragnął studiować malarstwo, ale nie wyobrażał sobie życia bez pracy z chorymi dziećmi. W 1967 r. powrócił do Leśnego Dworu, ku wielkiej uciesze dzieci i personelu.
W 1970 r. ukończył zaocznie studia w Studium nauczycielskim we Wrocławiu. Ocena końcowa: dobry. Był zadowolony.
Na początku lat 70, odkrył jeszcze jedną pasję - rzeźbienie w drewnie. Wykonał wiele prac o tematyce sakralnej, które posiadają wiele chłopskiej surowości. Snycerka wzięła go na dobre.
Ostro pracował w Leśnym Dworze. Wolny czas przeznaczał dla rodziny. Prowadził zajęcia w Miejsko- Gminnym Ośrodku Kultury. Działał w samorządzie mieszkańców miasta i gminy. Był bardzo aktywny. Pracował społecznie, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie oczekiwał od ludzi pochwał. Robił, co do Niego należało.
Prowadził zajęcia techniczne i plastyczne. Organizował plenerki. Nauczał podstaw malarstwa. Zdradzał techniki rysunku, koloru, gruntował płótna. Olejne obrazy to wizytówki marzeń i tęsknot małych pacjentów. Z tych prac powstała galeria. Z prawdziwego zdarzenia. Dzieci i dorośli uwielbiali Michała, który szedł przez życie nie rozpychając się. Ustępował miejsca. Stosował więcej nagród podczas terapii zajęciowej. Uskrzydlał, bił wszystko, żeby częściej na twarzach dzieci gości uśmiech.
O dzieci zabiegał we dnie i w nocy. Nieraz wieczorem zajrzał do Leśnego Dworu, żeby upewnić się, czy zasnęły. Nie mógł oderwać się od leśnego bractwa. W listopadzie 1983 r. spłonął Leśny Dwór. Michał zabiegał, żeby uruchomiono oddział zastępczy. Pracował społecznie. Miał nadzieję, że zostanie otworzony oddział dziecięcy. Nie tracił wiary, że powrócą chore dzieci i ożyją Ścieszki zdrowia. Praca na rzecz dziecięcego dworku nie poszła na marne. Był szczęśliwy wraz z całym gronem pedagogicznym, że chore dzieci będą miały pomieszczenia zastępcze. Przez cztery pory roku oprowadzał dzieci po zakątkach Kasztelanii Wleńskiej ( i nie tylko!).
Dzielił się z nimi własnym zachwytem. Dzielił się własnym dobrem z bliźnimi. Nie wstydził się odsłonić przed ludźmi i swatem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w Polsce jest za dużo szarości, bylejakości, życia na pokaz. Za mało tożsamości i własnych korzeni. Zbyt łatwo nas wyrwać i zaflancować. Dzieci chore (z Leśnego Dworu) i zdrowe ( z miasteczka) uwielbiały GO.
Michałowi udało się ocalić własne marzenia. Uczył dzieci młodzież, jak spojrzeć na świat inaczej. Zachęcał je do obserwacji wszystkiego, co nas otacza. Dla nich zorganizował plenerki malarskie. Rysunki i obrazy to wizytówki ich marzeń i tęsknot.
Prowadził kronikę i dokumentację Leśnego Bractwa. Prace dzieci wysyłał na konkursy. Dzieci z Jego szkółki zdobywały wiele nagród w Polsce i poza granicami. Te małe sukcesy uskrzydlały Go i zachęcały do dalszej pracy. Michał wnosił w życie małych pacjentów garść uśmiechu i spontaniczności. Uczył oddzielać zło od dobra. Był pedagogiem uśmiech, serca, zachwytu. Nauczył dzieci widzieć to wszystko, co zostało wyklute ze słów najświętszych. Niebo, ziemia, ludzie, ptaki, zwierzęta, drzewa, etc. Chciał, żeby się wyszumiały. W lasach mieszanych, uciszyły w górach. - Niech się poobijają i zadrapią - mawiał. Ubrudzone, ale uśmiechnięte wracały z długich spacerów. W ich oczach paliło się słońce. Lubił patrzeć na niesforne Leśne Bractwo. A dzieci, jak to dzieci, kochają wychowawców, którzy nie pouczają na każdym kroku. Michał zyskał sympatię dzieci i dorosłych. Należał do ludzi, których nie da się nie lubić. To, co proponował dla dobra dzieci, nie zawsze zyskiwało aprobatę u innych, którzy pragną, żeby dzieci były czyste i kontrolowane na każdym kroku. Michał przemilczał te drobne przykrości. Nie zmienił swoich metod wychowawczych. To jest słuszne, bo się dzieciom podoba. Koniec. Kropka.
Stan wojenny przeżywał też w sposób godny. Działał w podziemiu. Robił ulotki w technice linorytu, a potem rozsiewał je po Kasztelanii Wleńskiej. Na to wszystko, co się stało, mówił: "Nie!". Działał też na rzecz parafii św, Mikołaja. Brał udział w pielgrzymce Ojca Świętego. Zło dobrem zwyciężał. Z tego okresu ocalało kilka bibułkowych linorytów, które wykonał w imię "Solidarności". Nie bał się zaprowadzić dzieci z Leśnego Dworu na niedzielne nabożeństwo. Modlił się z pacjentami. Nie podobało się to władzom miasta. Ale i ten epizod przemilczał.
Nie narzekał, że praca z dziećmi zabiera Mu tyle czasu. To nie w Jego stylu. Cieszył się z każdego dziecięcego uśmiechu. Bywał smutny, gdy widział koraliki łez w łódeczkach powiek małych kuracjuszy sanatorium Leśny Dwór.
Michał Fluder od lat marzył o studiach plastycznych, ale zawsze było coś ważniejszego. W latach 80 zdał egzamin w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu, wydział zaoczny. Studia plastyczne dały Mu większą świadomość, choć też podcinały skrzydła spontaniczności. Ukierunkowały Go na różne szkoły malarstwa. Pracę magisterską poświęcił analizie wybranych prac plastycznych pacjentów sanatorium PKP we Wleniu dla dzieci przewlekle chorych.
Michał malował głównie wleńskie tematy. Wleński Gródek lśnił na jego wspaniałych płótnach: ruiny zamku, baszta, aleje ze starymi drzewami, kościółek św. Jadwigi, zabudowania z popękanymi, cynobrowymi dachówkami, stare sady, ule, opuszczone domy i studnie szarytki. Uwielbiałem jego pejzaże. Nieraz o tym pisałem na łamach "Tygodnika Kulturalnego" i "Słowa Powszechnego". Były to cacuszka. Spodobał mi się Jego świat zamknięty w obrazach. Michał miał poetycką duszę. Artystyczny charakter. Wiedział, że malarstwo to szaleństwo barw, impresja. Czyli - poezja! A przy tym Michałowe prace mają specyficzny uśmiech i pogodę ducha. Realizm traktował nie na serio. Z przymrużeniem oka. Doskonale wiedział, że na nic zmagania z Górą Zamkową, która zmienia się w okamgnieniu. Malarstwo Michała jest ciepłe w kolorach, bardziej swojskie.
Michał każdą wolną chwilę przeznaczał na prace na rzecz Wlenia. Oddał to, co miał w sobie najlepszego. Gratis. Podzielił się. Nigdy nie wspominał o pieniądzach. Władze miasta chciały Go odznaczyć, ale odmawiał. Wstydził się tego kultu medali, które ciążą na sercu. Uważał, że dobra praca to obowiązek.
Michał nigdy nie zabiegał o tani poklask. We wszystkim, co robił, chciał zachować anonimowość. Dla Niego Wleń był sprawą najważniejszą. Chciał uczynić z tego polskiego zakątka miejsce odpoczynku i spokoju. We Wleniu czuł się jak ryba w wodzie. Był chory na punkcie Kasztelanii Wleńskiej.
W 1987 r. ukończył studia. Coraz więcej malował. Wyjeżdżał na plenery. Jego rysunki były wysmakowane. Kreska była pełna poezji. Miał swój styl. Malował w natchnieniu. Zaczynał się spieszyć. Jakby gonił czas. Płótna z 1986-88 należą do najlepszych Jego prac.
Znalazł chwilę na peregrynację po Polsce i świecie. Wiosną 1988 r. wyjechał do Francji, tam, gdzie jego pępek zawiązano. Z matką i synem pojechał do Verdun, które leży między Metz a Nancy.
Na początku 1989 r. w kaplicy cmentarnej pracował nad freskiem "Zmartwychwstanie". Był to ostatni obraz Michała Fludra. W marcu 1989 r. dopadł Go straszliwy ból głowy. Wylew. Został odwieziony do szpitala w Lwówku Śląskim. Stracił świadomość. Zabrali go do szpitala we Wrocławiu. 12 marca 1989 r. umarł. 14 marca został pochowany na cmentarzu komunalnym we Wleniu. W alei lipowej. Nieopodal Góry Zamkowej.
Michał Fluder miał radość życia i pogodę ducha. Straszliwy apetyt na życie. Mnożył piękno, dzielił brzydotę. Nigdy nie wstydził się "wczoraj" Kasztelanii Wleńskiej. Uwiódł mnie obsesją. Liryzmem uskrzydlił. Własnym życiem zachwycił. Pozostawił po sobie rysunki, obrazy, rzeźby, wspaniałe listy, dobre wspomnienie. To są serdeczne wizytówki Michała Fludra - marzyciela z Kasztelanii Wleńskiej. Skończył się jego pracowity dzień. Odszedł tam, gdzie żarna cierpień nie mielą serca. W Wiekuistą Światłość. Na mieście mówili, że w butach do raju poszedł.
Czesław Mirosław Szczepaniak
Gazeta Wyborcza Piątek 28 marca 1997
Gazeta Wyborcza Piątek 28 marca 1997


